image/svg+xml

Nazwisko męża. Brać czy nie brać?

Ja akurat wzięłam.

Zacznę od inspiracji do powstania tego tekstu, a był nią post na grupie Dziewuchy Dziewuchom i cytat Wojciecha Eichelbergera, psychologa i pisarza, a brzmiał on tak:

Kobiety dostają nazwiska po mężczyznach – najpierw po ojcu, potem po mężu. Nie mają swoich nazwisk. Ten obyczaj niesie w sobie bardzo głęboki patriarchalny przekaz, tak organicznie zrośnięty z naszą kulturą, że prawie niewidoczny. Zgodnie z nim kobiety nie posiadają tożsamości. Są własnością – najpierw ojca, potem męża. Zmieniają tylko właścicieli. Nazwisko jest informacją o tym, do którego mężczyzny należą.

Ja się szczególnie do swojego nazwiska nie przywiązuję, ani do wcześniejszego, ani do aktualnego. I nie stoi za tym żadna historia o złym tacie i jeszcze gorszym mężu, którzy wydziarali mi tatuaż ze swoimi danymi i kazali nosić dumnie. Po prostu dla mnie nazwisko jest jak PESEL, jak numer dowodu, przy czym nazwisko pamiętam, numeru dowodu nie. Ot coś, co mnie ani nie buduje, ani nie robi ze mnie człowieka. No brzydko mówiąc, takie trochę oznaczenie, żebyśmy się nie pogmatwali i umieli dojść kto jest kim w rodzinie, i od której strony jest ta starsza ciocia co mlaska i wszystkich wkurwia.

Wróćmy teraz do słów Eichelbergera. Ja zawsze cenię sobie przejawy feminizmu, więc i ta myśl powinna mi być bliska. Ale nie jest, bo jest strasznie naciągana. Równie dobrze powiedzieć można, że facet przez całe życie jest własnością ojca, i nawet jak ma żonę, to ta żona też trafia tak naprawdę pod skrzydła ojca i ojciec ma już dwie własności. No żesz.

Posiadanie wspólnego nazwiska z kimś, z kim dzieli się życie jest w jakiś sposób fajne i miłe, a że jest to akurat nazwisko chłopa nie jest dla mnie jakąś drażniącą tradycją. Nie czuję, że się czegoś wyrzekłam, a tym bardziej nie siebie. Nie czuję się też niczyją własnością – ani wcześniej nie czułam się taty niewolnikiem, ani teraz nie czuję się niewolnicą męża. Myślę, że układ pan i władca kontra poddany tworzy się poza nazwiskiem i dużo wcześniej niż przy ustalaniu jak będą nazywać się wasze dzieci i wy. I wtedy w ogóle nie warto w taki układ wchodzić. Prawdopodobnie nie warto też wtedy, gdy przyszły mąż nie chce słyszeć o tym, że z jakichś powodów zostajesz przy swoim nazwisku albo bierzesz swoje plus jego. Gdy zapytany o to, czy wziąłby twoje albo każdy z was weźmie po jednym, puka się w głowę, to też nie jest to spoko.

Ja nie miałam powodów, żeby zostać przy swoim, ale przecież jak ktoś ma jakiś dorobek albo po prostu inne podejście do nazwiska, to jest to totalnie zrozumiałe.

Ja poszłam tym tropem, że skoro tradycję, że to chłop pada na kolana z pierścionkiem i mówi te wszystkie rzeczy o miłości, uważam za zacną, to i tej z nazwiskami dałam szansę, niespecjalnie kręcąc nosem.

Wasza niewolnica.


Podobało Ci się? Podaj dalej


Dołącz do mnie

Jeśli jeszcze mnie nie lubisz i nie obserwujesz, zrób to teraz. Każdy like to dla mnie wielka radocha:-)